You are here: Home » Blog » Gdy milczenie nie jest złotem, a brak reakcji oznacza koniec

Gdy milczenie nie jest złotem, a brak reakcji oznacza koniec

Zastanawiałam się, do której zakładki dać ten wpis.

Nie jest on związany bowiem ani z copywritingiem, może trochę ze storytellingiem a może trochę z tekstem motywacyjnym. Dam go zatem ogólnie do bloga.

Ten wpis znów będzie o mnie, a raczej o miejscu, w którym czuję się bardzo bezpiecznie, i w którym można nabrać dystansu do życia i pomyśleć co robić dalej?

Masz takie miejsce? Jeśli nie, spróbuj takie znaleźć. Nie musi być Twoje przez lata, takie jak moje. Nie musisz być z nim związany jako właściciel. Po prostu miejsce, w którym ładujesz swoje akumulatory.

Wydaje mi się, że zawsze mówię osobom, które są bardzo zmęczone, czy zrezygnowane tym, co się wokół nich dzieje, żeby odpoczęły w miejscu, w którym dobrze się czują.

Ja mam trochę takich miejsc. Między innymi to, w którym mieszkam od 5 lat. To także mój kochany Supraśl, w którym siadam nad rzeką i myśli, które działają destrukcyjnie topiły się w wodzie, albo przemieniały się na te, z których można było coś budować.

Ale jest jedno miejsce, które jest dla mnie szczególnie ważne od lat. Od dzieciństwa. To moja ojcowizna. Dom moich nieżyjących od lat dziadków.

Teraz jest zagrożone sprzedażą. Wczoraj byli pierwsi kupcy. Siedziałam na kupie dachówek z rozwalonej stodoły i walczyłam ze łzami.

Wróciło wszystko. Wszystko co dobre, bo tu było jedyne dobre. Bo złe się rozpływało.

1 września, data, która wszystkim się kojarzyła ze szkołą i kieratem. Dla mnie była to data cudowna. Wystarczyło, że pójdę odpicowana do szkoły, zapiszę plan, przywitam się z kolegami i koleżankami (kolejność przypadkowa) i wracałam biegiem do domu. bo jechaliśmy na imieniny babci, gdzie wpadałam w jej ramiona, a potem to już uciekanie, bo już więcej do żołądka się nie mieściło. Powrót oczywiście z ogórkami kiszonymi i gruszkami, bo ja je lubiłam najbardziej ze wszystkich wnuczek. Tu wdychało się zapach nadchodzącej jesieni, tu się generowało siły na nowy rok szkolny. Każda wiadomość: „jedziemy” była dla mnie pełnią szczęścia. Jechałam w swoje cudowne miejsce.  

Uwielbiałam pracę na polu, wykopki, mniam to było coś, gdy można było klepnąć na kolana i motyczką przedzierać się przez piękny zapach wilgotnej ziemi, żeby wyłuszczyć z niej ziemniaki. Nie przeszkadzały mi dżdżownice, chociaż co chwila słyszałam ryki obrzydzenia moich sióstr. Odkładałam je na bezpieczne miejsca, żeby zęby motyki nie rozerwały ich ciał. W przerwach babcia nalewała nam zimny kompot z wiśni. Do domu wracałam brudna od ziemi, zmęczona, ale szczęśliwa. Bo to było moje miejsce.

Pomidory pachnące z folii, ogórki. Do dziś uwielbiam zapach pomidora, jak nie pachnie, nie kupię. Oznacza, że nie dojrzewał na słońcu a jego kolor jest skutkiem działania tajemniczego cosia.

Nauczyłam się jeździć autem w tajemnicy przed rodzicami (zasługa ówczesnego chłopaka mojej siostry), poszłam na kurs bo wybłagałam i zdałam prawo jazdy. Zaczęły się samodzielne jazdy. Gdzie jeździłam? Do mojego miejsca. Do dziadków. Po każdej awanturze, po zastosowaniu radykalnych kar w wykonaniu swoich rodziców, jeździłam tam. Nie skarżyłam się, siniaki chowałam pod długimi rękawami. Rozmawiałam z dziadkami o wszystkim, byle nie o domu, a potem szłam pod jabłonki, gdzie mogłam wreszcie wyrzucić łzy, które uparcie chciały się wylać przy świadkach.

Tu były najlepsze kontakty towarzyskie. Rodziły się pierwsze przyjaźnie, paczki. Tu zaraziłam się pasją motocyklową, gdy się pokonywało szosy jeżdżąc na ścigaczach – kawasaki, ducati. Tu zrodziło się marzenie, które się nie spełniło. Nieważne, może kiedyś jeszcze. Nie, nie może. Na pewno.

Tu śmiech był zawsze, zawsze był też szczery. Do łez tym razem tych szczęśliwych

do bólu brzucha, do bólu szczęk.

Tu śmiech nie mijał. Tu były przygody, które na szczęście dobrze się kończyły.

Tu zawsze były wakacje. Siostra jeździła po koloniach, obozach, ja jechałam tu.

 

Przyjeżdżałam potem z małym jeszcze synkiem. Widziałam jak miłość moich dziadków zostaje podzielona między mną a nim. I cieszyłam się z tego podziału, bo on zasługiwał na to, co najlepsze. A co mogło być lepszego niż ich miłość, gdzie mógł być bezpieczniejszy niż w moim azylu?

Tu uciekaliśmy przed jego ojcem, moim mężem, gdy zaczynało być niebezpiecznie. Zawsze miałam przy sobie kluczyki, żebyśmy mogli wyjechać mimo jego sprzeciwów. Tu koiłam swego synka w ramionach, a potem oddawałam go pod opiekę dziadków i biegłam pod swoje jabłonki, żeby po chwili wrócić do niego już silniejsza i uśmiechnięta.

Jednak i tu przytrafiły mi się dwa smutne wydarzenia.
Pierwsze po śmierci mojej babci, która odeszła tak jak żyła, uśmiechnięta i nienarzekająca na ból. Nawet nie wiedzieliśmy, że wrócił po nią rak. Ten moment, kiedy odjeżdżaliśmy spod domu, zostawiając dziadka i spojrzeliśmy w okno, w którym zawsze od lat stała po to jedynie, żeby pomachać nam ręką. Od tej pory to okno jest puste. Pamiętam jak strasznie uderzyło mnie to w serce. Dopiero wtedy poczułam, że jej naprawdę nie ma.

Drugi raz, wiele lat później, gdy musiałam zamknąć dom po śmierci dziadka. Dopóki byliśmy w domu, krzątaliśmy się po nim, czuliśmy ich obojga obecność. Potem ojciec wręczył mi klucze i powiedział, żebym zamknęła dom. Wszyscy wyszli a ja nie dałam rady przekręcić klucza. Do dziś pozostało we mnie to straszne wrażenie.

Mimo tego, że ich tam nie ma od tylu lat, ja nadal tam jeżdżę. Bo oni tam są. Babcia, która za chwilę obdaruje mnie ogórkami i gruszkami, dziadek, który będzie margolił, bo jako facet nie będzie się rozczulał, że wnuczki przyjechały. Kochałam tego uparciucha z wzajemnością.

To miejsce, które, myślę, że tak jest, mnie ukształtowało. Bo tam jeździłam złamana, bez sił już, bez perspektywy, a potem wyjeżdżałam z nowymi postanowieniami, z nową mocą.

Tam mnie kochano bez żadnych warunków. Tam byłam sobą.

I teraz chcą sprzedać to miejsce. Wczoraj byli kupcy, a ja .. postaram się odzyskać chociaż kawalątek tego miejsca. Nie pozwolę tego sprzedać, nawet gdyby to była ostatnia rzecz, którą miałabym dostać. Nie będę milczeć bo tu milczenie nie będzie złotem. A brak mojej reakcji spowoduje, że mój azyl zostanie sprzedany.

To jest moja ojcowizna, od której nie chcę się uwolnić i poddać się temu co jest. Nie tym razem i nie z tym.

 

4 komentarze

  1. Dzisiaj był dla mnie trudny dzień Justyno. Wyjątkowo długi, perfidny i smutny. Po przeczytaniu jednak tego tekstu, choć trochę wyobraziłem sobie Twoje dzieciństwo i dalsze życie. Ta pogoda ducha, determinacja i szczerość sprawiają, że choć trochę jest mi lepiej. Dziękuję Ci 🙂

  2. Miło mi. Czerp z moich doświadczeń siłę. A moje dzieciństwo? Ukształtowało mnie taką jaką jestem. Z wadami i zaletami. Jak każdego 🙂 Dziękuję, że chociaż trochę pomogłam.

  3. Piękny, poruszający i bardzo odważny tekst. Odważny, bo piszesz o rzeczach trudnych i tak bardzo intymnych… a przecież tylu z nas utożsamia się z emocjami, które tu zawarłaś. Mam nadzieję, że wygrasz/wygrałaś tę walkę.

    • Ziemia jeszcze nie została sprzedana. Nie ma tu mojej zasługi. Zmieniło się prawo. Pierwszy raz odniosę jakiś pozytyw.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *